Blog
Uminchu
Tomasz Greniuch
Tomasz Greniuch Historyk rzucający prawdę przeciw światu. Doktorant KUL.
0 obserwujących 42 notki 53069 odsłon
Tomasz Greniuch, 8 lipca 2012 r.

Utracone dziedzictwo – „Pamiętnik z Kołomyi” część IV

645 1 0 A A A

Na przestrzeni ostatnich miesięcy wiele osób z niecierpliwością pytało mnie o kolejne części „Utraconego dziedzictwa”.

Historie i wspomnienia dotyczące Kresów Wschodnich II RP wciąż widocznie rozpalają wyobraźnię i to już nie tylko ich bezpośrednim mieszkańcom, dziś już niestety nielicznym, ale coraz częściej, nie tyle ich dzieciom (temu pokoleniu skutecznie pomogła zapomnieć o wschodnim dziedzictwie PRLowska szkoła) co wnukom czy nawet prawnukom.

Młode pokolenia wychowane w cieniu nobliwych dziadków i babć, dziś z wypiekami na policzkach „odkrywa” to co nie „odkryli” ich rodzice (którym tego zabraniano), swoje kresowe korzenie. Napisałem z wypiekami, ponieważ „odkrywane” krainy, rodzinne strony protoplastów, jawią się nam, pokoleniu smartofonów i zupek ”w pięć minut”, tajemniczymi, wręcz baśniowymi ziemiami.

Otwórzmy więc zakurzone kufy, zainteresujmy się od lat leżącymi na strychu „szpargałami po babci”.

Pożółkłe listy, wyblakłe zdjęcia i postrzępione dokumenty niech staną się dla nas przepustką do nieznanego nam świata. Po raz pierwszy zaczniemy zwiedzać „wyklęte” ziemie, Kresy Wschodnie.

Wędrówkę swoją chciałbym rozpocząć od najbardziej ponurej i tragicznej karty w historii Kresów Wschodnich jaką było masowe ludobójstwo ich mieszkańców funkcjonujące pod umowną nazwą Rzezi Wołyńskiej.

Czemu nostalgiczną i sentymentalną podróż po krainach lat dziecinnych naszych przodków chcę zacząć właśnie od tak dramatycznych wydarzeń?

Bo w pierwszej kolejności pytają o te wydarzenia dotychczasowi czytelnicy „Utraconego dziedzictwa”, ponieważ jest to ciążący wyrzut sumienia, ogromna trauma i rozpacz setek tysięcy. Ciążący cień na Kresach Wschodnich, który zamierzam odrzucić, odsłonić i rozliczyć. Pozbyć się ciężaru, który, nierozliczony, nieraz by pewnie powracał zamazując obraz wędrówki i kalecząc wspomnienia bliskich.

Długi czas mierzyłem się z tym tematem.

Wspomnienia przodków, pamiętniki, listy milczą na ten temat.

Rodzina miała to szczęście, że mieszkała w mieście powiatowym, Kołomyi, z posterunkami policji, żandarmerią, wojskiem.

ONI nie ośmielili by się użyć swego oręża, którym była obosieczna siekiera i zardzewiała piła przeciwko karabinom i pistoletom. ONI wybrali cichą i spokojną prowincję. Kryte strzechą domy sąsiadów zza płotu.

Taki obraz przedstawiała cicha i spokojna wioska o malowniczej i bajkowej nazwie Zagóreczek.

W myślach wyobrażam sobie osadę wyciętą żywcem z obrazu „O dwóch takich co ukradli księżyc”.

Drewniane, kryte strzechą chaty, porozrzucane wzdłuż nieutwardzonej drogi. Bosonoga, krzykliwa dzieciarnia spędzająca całe dnie na wypasie krów na okolicznych polanach, no i koniecznie „góreczka” za którą rozłożyła się leniwa osada.

Tam w roku 1912 przyszła na świat moja babcia, Karolina.

Marszowe brzmienie werbla wyrwało spokojnych mieszkańców z prac polowych, a ciekawość zaprowadziła ich na główne klepisko osady. Tam swym spokojnym i tubalnym głosem, szpakowaty dobosz oznajmił zgromadzonym o ataku Niemiec na Polskę i odczytał stosowną odezwę. Na większości nie zrobiło to większego wrażenia, nie tyle z wiary o potędze militarnej odrodzonej ojczyzny, która pobije najeźdźcę, charakteryzująca oświeconych ale jakże naiwnych mieszczan, co z pragmatycznego, chłopskiego rozumowania z którego wynikało, że granica oddalona jest setki kilometrów od ich osady a Niemcy nawet w czasie Wielkiej Wojny nie byli w Zagóreczku więc nie ma się o co gorączkować. Poza tym czeka robota na polu.

Jednak to nie brak patriotyzmu był niepokojący.

U niektórych mieszkańców osady, w trakcie odczytywania odezwy przez swoistego „dostarczyciela wiadomości”, dało się dostrzec niemal niedostrzegalny grymas maskujący…uśmiech.

Te, niemal niezauważalne, lekko uniesione do góry kąciki ust miały zwiastować nadchodzącą tragedię.

17-sto letnia Karolina, pracując w cukrowni w powiatowym mieście Chodorowie oddalonym od Zagóreczka zaledwie kilka kilometrów, przynosiła do osady coraz bardziej niepokojące wiadomości.

Niemcy przełamali granicę. Wróg u bram stolicy. „Nasi” się wycofują.

Jednak stateczni mieszczanie Chodorowa z dyrektorem cukrowni na czele zachowywali spokój. Wierzyli w zapewnienia Naczelnego Wodza o niezdobytym „Przedmościu Rumuńskim”.

Ostatni bastion oporu, twierdza narodowa, która niczym tolkienowski Chelmowy Jar miała stać się grobem najeźdźcy.

Opamiętanie przyszło bardzo szybko.

Śmiały i brawurowy rajd niemieckiej Dywizji Górskiej doprowadził do zajęcia 12 września Sambora, centrum „niezdobytej twierdzy”. W tym samym dniu bliźniacza jednostka najeźdźcy rozpoczęła oblężenie Lwowa. Tym samym koncepcja „Przedmościa Rumuńskiego” stała się nieaktualna.

W cieniu najeźdźcy rósł przyszły oprawca, karmił się jego sukcesami i czekał. Cierpliwie czekał.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Uwaga! Zmieniliśmy sposób komentowania, ale nadal możesz przeczytać stare komentarze do tego wpisu.

Zobacz komentarze

Tematy w dziale Kultura